Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 645 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Rozdział 5 "Prawda", cz. 5

sobota, 01 września 2012 20:24

Hejka!

Dzisiaj (choć według mnie o jeszcze wiele mniej udana niż ostatnia)... notka będzie... prawie dwa razy dłuższa! ;D Chciałam jakoś uczcić koniec wakacji... (tak Julka, wmawiaj sobie. Po prostu chciałaś skończyć tą notkę przed końcem wakacji, bo potem nie wiadomo jak będzie. A że tak wyszła taka jak wyszła...) Cii! Niedobra druga osobowość!

Dobra, odwala mi ;) Bez dalszych wstępów zapraszam do czytania. :D

 

Susy

- Żołnierzu, czy możecie mi wyjaśnić, co tu się w ogóle dzieje?! – zapytał Szef.

- Ja… On… Wy… no i jeszcze… i dlatego… - nie mogłam znaleźć słów, które by opisywały moje uczucia i całą sytuację. Wszystkie wydawały mi się zbyt błahe, nieistotne, zbyt mało warte w swoim znaczeniu. – No bo… i… argh! – warknęłam w końcu poirytowana. – Spartakus to mój przyjaciel. Ja… ja pamiętam. Wszystko. Swoją przeszłość, tą, której nie znałam.  – przez chwilę myślałam, że Skipper powie coś w stylu: „Ten tygrys wyprał wam mózg! Kowalski, opcje odmóżdżania!”, ale w moim tonie musiało być coś takiego, że – o dziwo - uwierzył.

- Taaak? To może mi powiecie, żołnierzu, jak tę pamięć straciliście i czemu ten tu, pasiasty – wskazał na Spartakusa – się obwiniał i myślał, że go nienawidziliście? Hym?!

- Ja… wyjaśnię wam w bazie. Naprawdę, myślę, że powinniśmy stąd iść. Alice pewnie się trochę zdziwi, gdy zobaczy dwa puste wybiegi…

- Jeden.

- Co?

- Jeden pusty wybieg. – wyjaśnił Kowalski. – Przed naszym wejściem zostawiłem uruchomiony hologra…

- Dobra, rozumiem! Ale i tak pewnie zawiadomi odpowiednie służby, że z zoo uciekł tygrys. Czy nie?!

- No już, zgoda. Idziemy. – odezwał się ni stąd ni zowąd Spartakus. Chwyciłam Lizzie za skrzydło i popchnęłam do wyjścia.

- Do czego ci te wszystkie maszyny? – zapytał naukowiec wlekący się w ogonie razem z adresatem jego pytania – tygrysem.

- To moje hobby. Zawsze pociągało mnie wynalazkowanie. – wzruszył ramionami.

- Też to słyszycie?... – zapytał nagle Szeregowy. Zatrzymałam się i zaczęłam nasłuchiwać. Rytmiczne uderzenia czegoś ciężkiego, o betonowy chodnik na zewnątrz… Właściwie to bardziej głuchy łoskot.

- Ludzie! – krzyknęłam i pociągnęłam przyjaciółkę za jedną z maszyn Spartakusa. Chłopcy w tej samej chwili zrobili to samo. Niestety tygrys nie zdążył. Nagle stalowe wrota otwarły się z łoskotem i grupka uzbrojonych osobników wparowała szybko, aczkolwiek ostrożnie do środka. Zapaliło się światło w całej fabryce.

- Luke! Mamy tygrysa! – zawołał jeden z osobników. Dopiero teraz zauważyłam, że to pracownicy służb weterynaryjnych. – Dawaj no tu, strzałki usypiające!

- Już! – odkrzyknął Luke. Przybiegł chwilę później z małą walizeczką i strzelbą na tego typu pociski. Miał może z 23 lata – był niewątpliwie nowy w tym fachu. Wręczył broń swojemu przełożonemu i otworzył srebrne pudełeczko.

- Puste?! – wydarł się mężczyzna trzymający strzelbę. Niedowierzający Luke zajrzał do skrzyneczki. Podszedł do innego faceta i zapytał z lekka zawstydzony.

- Panie Bill, nie uzupełnił pan…

- Wiem. – mruknął tylko w odpowiedzi. Spartakus ukrył się gdzieś – nie zwróciłam nawet uwagi kiedy. Zbity z tropu chłopak w tym czasie zrobił coś, co przesądziło o późniejszych wydarzeniach.

- No to może po prostu zarzucić na niego siatkę?...

- Nie wzięliśmy jej. – odpowiedział tym samo spokojnym głosem co wcześniej Bill. Luke’owi dziwnie drgała powieka. Wyglądał jakby miał wybuchnąć.

- To co pan robi w tej pracy?!

- Hej, spokojnie mały…

- Jeszcze mi pan powie, że klatki też pan nie zabrał?! – warknął bardziej niż powiedział.

- A po co? – Bill był tym razem zdziwiony. Luke zrobił facepalma.

- No mały, twój test – co teraz zrobimy? – zapytał przełożony młodzika odrzucając mu strzelbę.

- To… test? SPRAWDZIAN?!

- Nie. Zbieg okoliczności. Ale w raporcie i tak to będzie mój pomysł, więc zacznij się przyzwyczajać. – wyszczerzył żeby w okrutnym uśmiechu. Zrobiło mi się żal Luke’a. Jak on wytrzymywał z tym facetem?!

- Może… ee… - widocznie ta praca była dla niego ważna, bo próbował znaleźć cokolwiek, co mogłoby pomóc wybawić go z tej sytuacji. – Eee… Łańcuchy?... – podszedł do jednej z maszyn Spartakusa i podniósł je.

- Noo… to się może nadać. – stwierdził i wyciągnął papierosa, po czym go zapalił. Słyszałam jak Luke mamrocze coś w stylu: „Już wiem co miał na myśli szef mówiąc, że długo tu tak czy siak nie popracuje, skoro firma upada…”. Zgadzałam się z nim.

- Nasuwa się tylko pytanie: jak złapać to bydlę? – powiedział któryś. Miałam ochotę wyskoczyć z naszej kryjówki i porządnie przyłożyć temu, który to wypowiedział w mordę. NIKT nie będzie obrażał moich przyjaciół!

- O to się nie martw. Jony się tym zajmie. – odpowiedział Bill.

- Zrobione. – mężczyzna z wielkim tatuażem smoka na ramieniu – najwidoczniej ów Jony – wskazał na Spartakusa siedzącego na środku Sali. Był zdezorientowany.

- Co ja tu?... Jak ja?... Jak on?!... – bełkotał, ale w końcu wstał na wszystkie cztery łapy i zawarczał głośno. Bill mrugnął na Jony’ego i… tygrys był już obwiązany łańcuchami. Mina mojego przyjaciela wyglądała jak internetowe WTF?!. Moja oraz Skippera, Kowalskiego, Rico, Szeregowego i Lizzie również.

- To niemożliwe… anormalne! – szepnął naukowiec. Już wyciągał swoje liczydło, by obliczyć szansę w procentach na prawdopodobieństwo takiej sytuacji. Szef powstrzymał go ruchem skrzydła. Ludzie wychodzili.

- Teraz tylko zadzwonić do… - zaczął Luke.

- Do Mirage. – przerwał mu Bill.

- Do kogo? – zdziwił się młodzik.

- Ech… do Stephanie. To jej pseudonim. – Jony przejechał dłonią po twarzy.  Młody, jak ty mało wiesz…

Rozległ się dźwięk zamykanych stalowych drzwi. Ślizgiem podsunęliśmy się do Spartakusa. Nadal miał szeroko otwarty pysk i patrzył nieobecnym wzrokiem za ludźmi, a przynajmniej w miejsce, gdzie byli jeszcze chwilę temu. Siedział na czymś, co wyglądało jak taśma fabryczna, za to maszyna przypominała powiększoną wersję niszczarki do papieru.

- Jak?... Jak?... – mamrotał tygrys.

- Spokojnie, zaraz cię uwolni... – przerwałam, bo usłyszałam głosy.

- Luke, to opuszczona fabryka, ale skoro nie odcięli jej prądu, to trzeba wyłączyć światło, bo rachunkiem obciążą nas! – poznałam głos mężczyzny, który miał strzelać strzałkami usypiającymi. Po chwili rozległy się kroki. Razem z moimi towarzyszami wskoczyłam za urządzenie, do którego przykuty był tygrys. Minął krótki moment, nim w drzwiach zobaczyłam twarz Luke’a. Rozglądał się za wyłącznikiem, a gdy wreszcie znalazł pstryczek na ścianie, szybko wcisnął go i ulotnił się z hali. Spartakus otrząsnął się, gdy coś zgrzytnęło.

- Co?... O NIE! – wstał i zaczął siłować się z łańcuchami, jednocześnie maszerując po… taśmociągu, który zaczął się poruszać!

- Spartakus, co się dzieje? – krzyknęłam próbując przekrzyczeć narastający ryk maszyny. Dziwne, że ludzie go nie słyszeli.

- To… moja… zgniatarka do metalu… - wysapał tygrys. – niedziałające prototypy moich maszyn zgniatałem tutaj, by potem je przetopić na części do nowych. Ale… ten… maldito idiota… musiał użyć włącznika na ścianie! – widziałam jak Rico mocuje się z łańcuchami opasającymi mojego przyjaciela, ale nie na wiele się to zdało. Po chwili rozległ się kolejny głośny zgrzyt.

- O-oł… - widziałam, jak źrenice Spartakusa rozszerzają się w przerażeniu. Obejrzał się tylko na maszynę, by upewnić się w tym, czego się obawiał. Zgniatarka wciągnęła łańcuchy. Teraz już wszyscy - nawet Lizzie, po której oczach widziałam, ze jeszcze nie doszła do siebie – pomagali w uratowaniu mojego przyjaciela.

- Wykonałem wszelkie obliczenia i… wszystko wskazuje na to, że ta maszyna zaraz wybuchnie!

- CO?! – wydarłam się i tym mocniej zaczęłam szarpać za łańcuchy. Spartakus powoli opadał z sił, choć nadal walczył.

- Uciekajcie! – krzyknął.

- Nie! Nie zostawię cię tu! Nie teraz, kiedy... kiedy już wszystko pamiętam, kiedy znowu jesteśmy razem! – po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Spartakus spojrzał na mnie tym nad wyraz dobrze znanym mi wzrokiem, jakby ganił młodszą siostrę.

- Nie zostawię! ROZUMIESZ?! – teraz rozpłakałam się na dobre. W fabryce rozległ się odgłos alarmu. Przewidywania Kowalskiego się sprawdziły. Maszyna miała wybuchnąć. Tygrys spojrzał na moich towarzyszy. W moim mniemaniu te kilka sekund trwało wieczność.

- Susy, on ma rację. Musimy uciekać. – powiedział Szeregowy. Siłą zaciągnęli mnie do jakiegoś wielkiego kosza, w którym siedział Rico i wypluwał, a potem przywiązywał doń balony. Powoli wznieśliśmy się w górę.

 

- Cześć, jestem Spartakus. – powiedział wielki tygrys stojący nad bramką mojego wybiegu. – Miło cię poznać. – mruknęłam coś w odpowiedzi. Tygrys nie dał za wygraną. I dobrze. Już następnego wieczoru siedzieliśmy we dwoje i rozmawialiśmy.

- Więc masz „dar”? – zaczął, ale wydawało mi się, że mi nie wierzył.

- Tak. Masz z tym jakiś problem?!

- Nie, nie… Po prostu… chcę ci pokazać pewne miejsce, ale do tego  muszę cię zapoznać z kimś, kogo już powinnaś kojarzyć…

Następnego dnia pokazał mnie pingwinich z ADHD. Serio, ja tu nic nie przesadzam.

- I mówisz, że ona też?... – zaczęłam niepewnie.

- Tak. – uśmiechnął się do mnie.

 

- Podasz mi klucz trzynastkę? – spytał Spartakus spod jakiejś wielkiej maszyny.

- To znaczy?... – nie znałam się na narzędziach mojego kompana.

- Ech… już nic. – sam wziął jeden z leżących przede mną na stole. Według mnie, nie różnił się kompletnie niczym od pozostałych. Zaraz potem wybrałam małą garstkę śrubek i nakrętek.

- A możesz?... – podetknęłam mu pod nos to, co wybrałam.

- Wiesz, myślę, że lepsze będą… - spojrzałam na niego. – Mam przeczucie – mrugnęłam do niego. Z westchnieniem wziął śrubki.

- Miałaś rację. – mruknął po chwili.

- Wiem. - zaśmiałam się. Po chwili Spartakus dołączył do mnie.

 

- Więc marzysz o zdobywaniu świata? – spojrzałam na niego. Z poważnym wzrokiem spoglądał na niebo. Tysiące gwiazd migotało jak lampki choinkowe.

- Powiedzmy. Po prostu… czuję się ograniczony w tym zoo. Małe, niczym się nie wyróżniające hiszpańskie zoo. Całkiem zwyczajne zoo. A ja chcę czegoś więcej…

- Duże, czymś wyróżniające się, niezwyczajne, nie-hiszpańskie zoo? – mruknęłam. Tygrys zaśmiał się.

- Nie. Chcę podróżować. Po całym świecie. – oparł się na łapie i spojrzał na mnie z błyskiem w oku.

- Chciałabyś podróżować ze mną? Statek do Ameryki wypływa jutro o dziesiątej rano. – nie zdziwiło mnie specjalnie skąd ma takie informacje, choć i tak byłam zaskoczona.

- Miałabym zostawić Ligę?... – zamyśliłam się. Spartakus był dla mnie jak starszy brat – zresztą tak mnie traktował. Miałam zostawić przyjaciół i ruszyć w świat z bratem, czy na odwrót – pozwolić, by tygrys mnie opuścił, a zostać z najlepszymi znajomymi?

- Zastanów się Becky. To przecież jedyna taka szansa w życiu.

- Ja… muszę się zastanowić. – powiedziałam tylko. Wstałam z lekko wilgotnej trawy i wróciłam na swój wybieg. Przez chwilę czułam na sobie wzrok Spartakusa. Zasnęłam szybko, cały czas rozważając „za” i „przeciw”. Z jednej strony z przyjaciółmi łączyło mnie coś więcej… Coś wyjątkowego. Za to Spartakus… to dzięki niemu przestałam być „zombie”. To dzięki niemu poznałam smak przyjaźni. Jest moim… starszym bratem. Ocknęłam się za dziesięć dziesiąta. Szybko wstałam i biegiem ruszyłam do portu. Statek już odpływał.

- Spartakus! – krzyknęłam. Z niewielkiego pudła wyjrzał na mnie tygrys. Wyważył jedną ze ścianek i rzucił się do liny, którą zrzucił za burtę. Złapałam ją, a przyjaciel wciągnął mnie na górę.

- Więc jednak się zdecydowałaś? – zapytał z uśmiechem przytulając mnie.

- Miałabym dać ci odpłynąć bez pożegnania? – zaśmiałam się. – Z tobą pójdę wszędzie. Z moim starszym bratem.

 

Tak wiele wspomnień przemknęło mi przez głowę. Wszystkie szczęśliwe.

Byliśmy już kilkanaście metrów nad dachem fabryki. Mimo, że wysokość była spora, ja nadal zaślepiona łzami wyrywałam się poza kosz. Do Spartakusa. Mojego starszego brata. Po krótkiej chwili ujrzałam pomarańczowy błysk i usłyszałam ogłuszający huk. To wszystko do mnie nie docierało… Nie… To nie może być prawda! Zrezygnowana usiadłam na podłodze kosza. Wszyscy wokół próbowali mnie pocieszyć, ale ja tylko słyszałam słowa. Nie słuchałam ich, nie rozumiałam. To wszystko było dla mnie jednym, wielkim snem. Koszmarem. I wtedy do mnie coś dotarło. Ze Spartakusem łączyła mnie specyficzna więź. Nadal ją czułam. Nie została zerwana. Miałam przeczucie, że jednak przeżył. W moim sercu zatlił się płomyczek nadziei. Choć łzy nadal niepohamowanie płynęły mi z oczu, wiedziałam. Mogłam się mylić, ale gdyby tak, całe moje życie by się skończyło. Skoro nie byłoby Spartakusa, nie byłoby też mnie. Ale ja wolałam myśleć, że on wróci. Na pewno wróci. Zawsze wracał. Zawsze.

Tak. On żyje. Musi. Będę żyć tą nadzieją. Tylko ona mi została. 

 

 

Uf... Koniec najdłuższej mojej (dotychczas) notki. Komentujcie jak Wam się podobała! ;)

Do następnej (czyli niewiadomo kiedy) notki! ;*


Podziel się
oceń
13
6

komentarze (19) | dodaj komentarz

Rozdział 5 "Prawda", cz. 4

środa, 15 sierpnia 2012 19:08

Hejka Wam! :D

Kolejna notka... i nadal nie koniec!

Według mnie ta jest mniej udana... (jeśli w ogóle jakaś mi wyszła dobrze ;P) A najbardziej moim zdaniem poległam na dialogach... Poza tym ta notka jest nieco... (czyt. baaaardzo) dziwna. 

I ciut dłuższa. Zamiast 1000 słów 1100. Niby to tylko 100 wyrazów... Ale jednak ;)

Ale już nie zajmuję. Zapraszam do czytania :)

 

Lizzie

Z cienia wyłoniła się postać Spartakusa.

- Przecież to nie jest klatka. – zdziwił się. Spojrzałam na niego podejrzliwe i rozejrzałam się jeszcze raz, dokładnie. Miał rację. To wcale nie było więzienie. To były dwie drewniane półki przymocowane do ściany. Nie wiedziałam tylko na co. Za to kratami okazała się… przeźroczysta, poznaczona pionowymi, czarnymi pasami zasłonka, która falowała delikatnie. Nigdy nie spodziewałam się, że ciemność może tak zmienić postrzegane obrazy. Ten lęk, wściekłość i niewiedza skąd się tu wzięłam nieźle, widać, dało mi na wyobraźnię… Odsunęłam zasłonkę. Zobaczyłam wnętrze fabryki – bo tak, to na pewno była fabryka – i nagle wrócił cały poprzedni wieczór.

- Wiesz… jak teraz o tym myślę… nie mogłeś poprosić Kowalskiego, by ci pomógł? Ja… ja się nie znam na technologii.

- Teraz już za późno. To będzie podejrzane, skoro mnie nie ma w klatce, ty zniknęłaś, ale się znajdujesz… Przepraszam jeśli mówię chaotycznie, ale… cały czas jestem podekscytowany tym, że do końca budowy mojej maszyny zostało tylko kilka detali i 230 vatów energii elektrycznej…

- Spokojnie! Rozumiem. Em… więc zostawiłeś im odpowiednie poszlaki?

- Tak. O to nie musisz się martwić. Znajdą nas.

 

Susy

Przeszukałam dokładnie wybieg Spartakusa i znalazłam tylko skrawek reklamy fabryki balonów. Udałam się z tym do Szefa.

- Spartakus? To ten co uważa, że cię zna? Pewnie jakiś szpieg… - powiedział, gdy opowiedziałam mu czego się domyślam.

- No… to chyba on… Ale mniejsza o to! Musimy ratować Lizzie!

- Spokojnie, jeszcze nie wypiłem kawy.

- Szefie!

- Bez niej jest tutaj tak cicho… no i… mam was!

- Ale…

- Czy wy tańczycie makarenę na środku bazy, kiedy nażrecie się za dużo cukru, żołnierzu?... No właśnie. – uciął Szef. Spojrzałam na niego pełnym wściekłości spojrzeniem.

- Wow… Gdyby spojrzenia mogły zabijać, Szef leżałby już martwy… - Szeregowy szepnął na tyle cicho, że usłyszałam go tylko ja i stojący najbliżej niego Kowalski.

- Szeregowy, stwierdzono naukowo, że spojrzenia nie mogą zabijać… - naukowiec odparł młodzikowi. Warknęłam zirytowana i samotnie skierowałam się w stronę wyjścia.

- Hola hola! – Skipper zastąpił mi drogę. – Myślisz, że pozwolimy ci iść bez odpowiedniego sprzętu? Rico – zwrócił się do psychopaty – daj Susy jej przydział.

- Przydział?...

- No pewnie! Myśmy się tylko z tobą droczyli! Przecież nigdy nie zostawiamy swoich. – Szef uśmiechnął się szelmowsko.

Pół godziny później staliśmy przed wielkimi stalowymi wrotami fabryki. Westchnęłam. Wciąż zastanawiałam się, do czego Spartakusowi potrzebna Lizzie. Jak na razie nic sensownego wymyślić nie mogłam. Rico podłożył ładunek wybuchowy pod drzwi. Z krótkim odgłosem giętej stali otwarły się. Wkroczyliśmy niepewnie do środka. Pomieszczenie było dziwnie zatłoczone – zapełnione maszynami, które na pewno nie były oryginalnym wyposażeniem fabryki.

- Maszyna czasu… Zmniejszator… Powiększator… A to wszystko zbudowane z wielką starannością… pytanie tylko: po co komu taki sprzęt? – zachwycał się Kowalski.

- Pewnie do zniszczenia lub podbicia świata – to jasne. Mm… choć ta rakieta wygląda nadzwyczaj…

- Szefie! – krzyknęłam zbulwersowana. On bez słowa ruszył dalej. Przeszliśmy do kolejnej hali. Na środku siedziała… Lizzie! Podeszłam do niej.

- Woho! Leci samolot! Eeeeeee macarena! – odeszłam od niej kroczek do tyłu. Musiała najeść się naprawdę dużo słodyczy, choć wokół nie widziałam żadnego papierka po cukierku.

- Em… Lizzie, to my. Przyszliśmy po ciebie. Kto cię tu sprowadził? – wolałam się upewnić.

- Obiecałam że nie powiem. Aserejé ja deje, dejebe tu dejebe deseri iowa a mavy an de bugui an de güidibidi! – zastanowiłam się w tym momencie – o dziwo – nie nad tym komu moja przyjaciółka obiecała milczenie, ale nad tym w jaki sposób zdołała wypowiedzieć tekst piosenki dwa razy szybciej niż w oryginale… Ta chwila dekoncentracji wystarczyła, by ukryty w ciemności napastnik wycelował we mnie i strzelił… Ale nie trafił! Kowalski zdążył mnie odepchnąć ale sam nie uchylił się przed pociskiem.

- Nic ci nie jest? – podbiegłam do niego od razu.

- Może to wydawać się dziwne w takim momencie… jednakże nagle mój mózg odnalazł informacje o tym gdzie położyłem klucze do mojego duo-powielacza… – powiedział tylko lekko zdziwiony. Kolejny strzał. Tym razem sama odskoczyłam. Kolejne wiązki lasera migotały jak na jakiejś dyskotece, ale chybiały. Zdyszana przykucnęłam w końcu na szczycie jakiegoś blaszanego urządzenia. Najwyraźniej można było regulować wysokość, bo pod moim ciężarem opadło do podłogi. Przy zderzeniu maszyny z ziemią sama straciłam równowagę i wylądowałam na blaszanej posadzce. W tym momencie trafił mnie promień tajemniczego strzelca. W mojej głowie nastąpiła mała eksplozja. Liczył się tylko ból wypełniający każdy nerw mojego mózgu (to zdanie prawdopodobnie nie ma sensu, ale nie znam się na anatomii – niestety). Zemdlałam.

 

Ktoś

Wycelowałem w zdjęcie pingwinów. Czerwona kropka znalazła się centralnie na środku fotografii. Nacisnąłem spust. Działko wystrzeliło. Ściana w tym miejscu straszyła wielką dziurą. Rozejrzałem się po pomieszczeniu – moim niegdysiejszym domu. Warknąłem z irytacją. Nie miałem już miejsca na kolejne zdjęcie. Zbyt dużo wyrw. Zbyt dużo światła – właśnie wschodził świt. Rzuciłem broń na ziemię. Pingwiny… To przez nie moje życie się skończyło. To przez nie moja rodzina znalazła wieczny spoczynek. To przez nie kiedyś nadzwyczaj żywy i ciekawy świata kameleon zmienił się w to, czym teraz jestem. Pustą skorupą. Niezwykle rządną zemsty skorupą.

Jak podjąłem taką decyzję – spytacie. Przed tragedią zaczytywałem się w książkach Stephena Kinga. Szczególnie spodobała mi się „Ręka mistrza”. Po TYM wydarzeniu miałem mętlik w głowie… Dołączyć do rodziny, czy też może najpierw się zemścić? Postanowiłem podjąć decyzję w ten sam sposób, co jeden z bohaterów tej powieści. Do miski wsypałem jabłka i pomarańcze. Z zamkniętymi oczami miałem wybrać owoc. Gdybym wyciągnął jabłko, wpakowałbym sobie kulkę w łeb i byłoby po problemie. Ale wyciągnąłem pomarańczę. Najpierw musiałem się zemścić. Strasznie i boleśnie. Po kolei zabijać w męczarniach każdego z pingwinów. Po jednym, by każdy widział śmierć poprzednika. Już wcielałem plan w życie.

Wyszedłem z ruin mojego byłego mieszkania. Nie żałowałem, że powystrzelałem w nim dziury. Ten dom przestał dla mnie cokolwiek znaczyć gdy skończyło się moje życie. Gdy ja się skończyłem.

- Wyruszasz teraz. – powiedziałem do telefonu, który zabrałem jednemu z ludzi. Rozłączyłem się. Spojrzałem na słońce zachodzące nad Manhattanem. Opatuliłem się mocniej płaszczem. Byłem tylko ciekaw, czy ona zdąży przed Halloween, skoro miała tak daleką drogę. W końcu szybko zbliżało się. Został tydzień?... Nawet nie. Sześć dni. Potem pingwiny się skończą.

 

Susy

Co się stało?... Hmm… Pamiętałam, że pokłóciłam się ze Spartakusem… O nie! Pewnie czuł się winny… Ale ja się przecież na niego nie gniewałam, to był wypadek! Rozumiałam go! Poza tym… przywykłam. Powoli zaczęłam rozpoznawać odgłosy otaczającego mnie świata. Zaraz, zaraz… czy to była?... WALKA?! Otworzyłam oczy i spojrzałam na… Cztery pingwiny okładające mojego przyjaciela i jeszcze jedną pingwinicę (ta siedziała pod ścianą i zajadała się słodyczami). I… znów doznałam olśnienia. To byli moi przyjaciele! Wszyscy! Ja… ja… pamiętałam. Wszystko.

Szybko podniosłam się i wskoczyłam przed Spartakusa, którego okrążyli chłopcy.

- STOP! – krzyknęłam. Moi towarzysze stanęli zamurowani. W ich oczach zobaczyłam bezkresne zdziwienie.

 

Jak Wam się podobała?...

Komentujcie :)

Do następnej notki! :*


Podziel się
oceń
6
2

komentarze (11) | dodaj komentarz

Rozdział 5 "Prawda", cz. 3

poniedziałek, 06 sierpnia 2012 18:22

Hejka! :D

Na wstepie chciałam Was przeprosić, ze tyle musieliście czekać na nową notkę. Najpierw miałam wyjazd do Francji... W międzyczasie chwilowy brak weny... W każdym razie... Mam dla Was kolejną - i nie ostatnią - część rozdziału 5. 

Zapraszam was już do czytania ;)

 

Susy

Lizzie… Usilnie próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ją widziałam… Chyba koło czwartej nad ranem, kiedy to Bolo i Lolo… ale jak oni w ogóle?!... Przecież to… Ech… Wróciłam do odpowiedniego wspomnienia. Lizzie próbowała przekonać goryle, żeby odłożyły to… ale…

Warknęłam poirytowana! Zmęczenie robiło swoje i moja pamięć przypominała sito, przez które umykają strzępki wczorajszego wieczoru i dzisiejszej nocy. Uparcie i bez skutku próbowałam sobie przypomnieć, czy widziałam jeszcze później przyjaciółkę, czy już nie. Przeanalizowałam cały ranek, ale nic to nie dało.

- Widzieliście Lizzie? – zapytałam moich towarzyszy zgromadzonych w bazie. Oni tylko pokręcili głowami. Kowalski chyba zauważył troskę na mojej twarzy i spróbował mnie pocieszyć.

- Spokojnie Susy. Według moich wyliczeń nasza pierzasta przyjaciółka jest bezpieczna. W końcu na to, ze znajduje się w niebezpieczeństwie jest tylko trzynaście koma trzydzieści jeden procenta. Musisz przyznać że to mało. Większe ryzyko towarzyszy nam na misjach, a jak wiesz, jesteśmy profesjonalistami z doświadczeniem i dlatego zawsze wychodzimy z tego cało. – westchnęłam.

- Dobra… - mruknęłam – popytam w zoo.

- I to jest podejście, żołnierzu! Działanie zamiast myślenia! – powiedział do mnie Szef.

Pół dnia spędziłam na wypytywaniu mieszkańców zoo, czy widzieli Lizzie. Żadna odpowiedź w pełni mnie nie zadowoliła. Jedni twierdzili, że ostatnio widzieli ją ze mną, inni utrzymywali, że nie zwracali na nią uwagi. Postanowiłam zrobić coś, czego robić nie powinnam. Postanowiłam użyć mojego DARU. Nigdy nie miałam nad nim żadnej kontroli. Zawsze gdy próbowałam go wykorzystać sama, nie udawało mi się. ON działał niezależnie ode mnie, kiedy chciał. Jednak zawsze musi być ten pierwszy raz… Poszłam do swojego pokoju, usiadłam na łóżku i skoncentrowałam się… „Gdzie jest Lizzie, chcę zobaczyć gdzie jest, co się z nią dzieje…” – powtarzałam jak mantrę. Po chwili zorientowałam się, że źle formułuje zdanie, jednakże ilekroć starałam się je poprawiać, nieświadomie wracałam do starej wersji.

Po pół godzinie dałam sobie spokój. Nie panowałam nad tym. To tak, jakbym spróbowała zmienić pogodę albo przenieść górę mając przy sobie tylko plastikową łyżeczkę. Jednym słowem – daremny wysiłek.

Zniechęcona i nadal zatroskana wróciłam do głównej części bazy. Reszta również zaczynała się już martwić. Wcześniej każde z nas zdawało sobie sprawę, że mogła po prostu pójść na spacer, gdzieś się przewietrzyć… Nagle poczułam coś dziwnego. Coś się nie zgadzało… Dopiero teraz zwróciłam na to uwagę, choć tak naprawdę powinnam zdać sobie z tego sprawę już podczas obchodu zoo… Wiedziałam że to wtedy miałam najlepszą okazję do zauważenia tego, ale…

Tylko co to mogło być?! Widziałam przed oczami przelatujące z wielką prędkością wspomnienia. Hmm… moja podświadomość zauważała pewną nieścisłość… Już wiem! Podczas mojego „obchodu” zoo nie było…

 

Lizzie

Gdzie ja byłam? Dobre pytanie. Jeśli podejść do niego filozoficznie… nie. I tak nie umiałam na nie odpowiedzieć.

W ciemności wymacałam drewnianą podłogę… Podniosłam się. Sufitu nie mogłam dosięgnąć. Zrobiłam niepewne trzy kroki do przodu. Co się w ogóle dzieje? Co się stało? Postąpiłam jeszcze jeden kroczek do przodu. Wczoraj… chyba wczoraj – przecież nie miałam pojęcia ile już tu jestem… Wyciągnęłam przed siebie skrzydła, żeby nie uderzyć w ewentualną ścianę. Już pamiętałam! Przyjęcie urodzinowe dla Susy! To było moje ostatnie wspomnienie. A potem… hmm… Spotkanie z… no właśnie. Z kim? Nie pamiętałam  nawet głosu… tylko słowa… Choć nie. Wiedziałam, że prowadziliśmy rozmowę, ale samej konwersacji już nie kojarzyłam. Hmm…

Kolejny krok do przodu…

Po tej rozmowie… wkroczyłam w jeszcze nieoświetloną promieniami słonecznymi czeluść sklepiku z pamiątkami… To było jedyne miejsce, gdzie nie przeniosła się impreza…

I znów krok… Zauważyłam, że im dalej do przodu się poruszyłam, tym więcej pamiętałam… Uświadomiłam sobie, że to tylko złudzenie…

Co było dalej? Ciemność… Światło nie było zapalone… Ale czemu? Chyba, żeby nikt się nie zorientował, że tam jesteśmy… A może…?

Kopnęłam ze złością powietrze. Dałam się podejść jak jakiś przedszkolak! Jak dziecko kuszone cukierkiem. Warknęłam.

- Kim jesteś?! – wydarłam się na cały głos. Echo zwielokrotniło mój krzyk. Po chwili zrozumiałam, że to był błąd. W napięciu oczekiwałam… czegoś. Jakiegoś ruchu, dźwięku… Odpowiedziała mi głucha cisza. Po raz pierwszy cieszyłam się, że jestem sama. Nawet nie odbijało mi jak wtedy, w dżungli. Może „pomogło” przeświadczenie, że skoro ten ktoś mnie porwał, to nie jestem taka zupełnie sama. Ten ktoś mógł być po prostu daleko… daleko… Daleko? Coś sobie uświadomiłam.

- Halo! Jest tu kto? – zawołałam znowu.

- Est u o?... Est u o?... – zrozumiałam. Echo. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam musiało być wielkie.

- No pięknie… - powiedziałam tylko zrezygnowana.

- Ęknie… ęknie… - echo powtórzyło za mną. Wstąpiła we mnie nadzieja. Skoro występowało tu tak silne echo, to hala, ba! Budynek! Musiał być ogromny. Niewiele jest tak wielkich budynków w Nowym Jorku. To musiał być jakiś hangar nad wybrzeżem… Wciągnęłam powietrze… Nie. Jednak nie. Nie czułam morskiej wody, zapachu soli, ryb. To miejsce nie mogło być na wybrzeżu. A może jednak to miasto? Może jakieś podziemne… nie...z tego co mi wiadomo, pod ziemią znajdowały się tylko parkingi. Na pewno ktoś by zauważył… Skrzynkę? Klatkę? Z pingwinem. Więc… może jestem za miastem? W jakiejś fabryce? Zaciągnęłam się powietrzem jeszcze raz. Nic. Chociaż… Znów wciągnęłam powietrze. Unosił się tu jakiś słaby zapach… Jakby… plastiku… Choć, nie! To nie był plastik, jednak na pewno coś podobnego… guma? Hmm… to był znajomy zapach. Czułam go jakoś niedawno. Przed przyjęciem… W czasie przygotowań. Gdy dmuchałam… Balony! Ale… co miałabym niby robić w fabryce balonów? To przecież bez sensu.

W sąsiedniej sali zapaliło się światło. Człowieki? Serce zabiło mi szybciej. Serce zabiło mi szybciej. Co jeśli… jeśli mnie nakryją? Po chwili usłyszałam świst… Nie, to nie był świst. To było coś jak… piła mechaniczna! Widziałam lecące w stronę przejścia iskry. Widocznie ten ktoś, kto tu był, zapomniał o mojej obecności lub nawet o niej nie wiedział. To dawało mi pewną szansę ucieczki. W nikłym świetle dochodzącym z sąsiedniej hali przyjrzałam się mojemu więzieniu. Klatka. Drewniane podłoga i sufit, grube, stalowe pręty. Przyjrzałam się uważnie fabryce. Stały tu jakieś zakurzone urządzenia… Okna wysoko w górze zabito szczelnie deskami. Sufitu już nie widziałam. Nagle ostry dźwięk piły ucichł. Ktoś tu szedł. Jeszcze parę metrów… I wtedy go zobaczyłam. Przypomniało mi się całe nasze spotkanie, jedynie rozmowa nadal była zagadką.

- Więc… pomożesz mi? – zapytał.

- Będziesz na mnie eksperymentował? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

- No co ty! Przecież już ci to mówiłem.

- Więc dlaczego trzymasz mnie zamkniętą w klatce?

 

 

Jak myślicie, kto porwał oi zamknął Lizzie? ;)

Komentujcie.

Do następnej notki! :*


Podziel się
oceń
5
3

komentarze (12) | dodaj komentarz

Rozdział 5 "Prawda", cz. 2

sobota, 14 lipca 2012 20:30

Hejka wam! :D

Dziś notka wyjątkowo szybko. Zapraszam do czytania ;D

Lizzie

Cały dzisiejszy dzień byłam podenerwowana. Nie wczorajszym przyjazdem nowych lokatorów, tylko zapowiadającą się imprezą. Nie, nie u Juliana – obstawiam, że o tym pomyśleliście… Po prostu zbliżała się okrągła rocznica… Rocznica mojej przyjaźni z Susy! Tak dokładniej, to jej przyjazdu do zoo w New Jersey, ale w sumie na jedno wychodzi – zaczęłyśmy się przyjaźnić właściwie od pierwszego dnia naszej znajomości. Co prawda była trochę oporna, jakby każdy kontakt z innym pingwinem, czy w ogóle… z jakąkolwiek żywą istotą… kończył się dla niej źle.

Mniejsza. Długo namawiałam Szefa, żeby pozwolił mi urządzić imprezę w bazie. Ostatecznie… przegrałam. Ale może to i tak lepiej. Taki np. Roy, czy Burt przecież nie mieli szans się tam zmieścić, a zamierzałam w to przedsięwzięcie zaangażować całe zoo. Najgorzej było z nowoprzybyłymi. Nie chcieli robić kłopotu. Długo ich namawiałam – zwłaszcza Spartakusa – że i tak na przyjęcie zaproszone jest już całe zoo. Amber „dała się” najłatwiej. Widocznie miała duszę imprezowiczki.

Rico właśnie skończył wypluwać już napompowane balony, a Bolo i Lolo wnieśli tort. Nie oni go zrobili, ale jako jedyni mieli wystarczająco dużo siły i odpowiednie rozmiary, by go w ogóle ruszyć. Wiedziałam, że to będzie impreza stulecia. Julian próbował rządzić, ale kazałam mu znaleźć kwadratową kulę, bo (niby) Susy bardzo na takiej zależy i bez tego jego aura chwały nie będzie odpowiednio wielka by oślepiać jego blaskiem. Po tym zniknął i nie widziałam go do rozpoczęcia przyjęcia. Zresztą w ogóle go nie widziałam… Znalazł się dopiero rano. Ale o tym za chwilę. W każdym razie – wszystko było już gotowe, więc poszłam po Susy. Zapukałam nieśmiało w drzwi naszego pokoju.

- CZEGO?! – speszył mnie jej ton. Coś często ostatnio była taka drażliwa.

- To ja… - uchyliłam odrobinę drzwi. Siedziała na swoim łóżku i słuchała radia.

- Słuchaj, czy mogłabyś pójść ze mną?... – język zawiązał mi się w supeł. Co ja jej miałam powiedzieć?! Zupełnie tego nie przemyślałam. Byłam zbyt zajęta przygotowaniem imprezy i zbyt przejęta faktem, ze w ogóle się odbędzie! Spokojnie Lizz, wymyśl coś!

- Dobra. – ku mojemu zdziwienia Sus była bardzo ugodowa… Zszokowana przestałam się odzywać. Moja przyjaciółka chyba wyczuła jakiś podstęp, ale dopiero w bazie. Byłam zbyt małomówna.

- Lizz… Co ty kombinujesz? Powinnam o czymś wiedzieć?

- Yhym i nie. – co ja wyrabiam? Teraz na szczerości mi się zebrało?!

- W sensie, że coś kombinujesz i nie powinnam wiedzieć? – Susy pytającą uniosła brew (wiem, to anatomicznie niemożliwe w naszym wykonaniu, ale gdybyśmy były ludźmi, to to by właśnie zrobiła). Mruknęłam tylko twierdząco i przesunęłam miskę skrywającą wejście do naszej bazy. Gdy obie wyszłyśmy na zewnątrz rozległo się chóralne: NIESPODZIANKA!!! W wykonaniu wszystkich mieszkańców zoo. Susy zatkało. Wiele razy jej się pytałam co chce na rocznicę naszej przyjaźni, ale zawsze zbywała moje pytania milczeniem. Od razu odgadłam, że wie o co chodzi, z jakiej to okazji, ale zupełnie się tego nie spodziewała. Był to dla mnie wielki sukces. W końcu miała ten swój DAR. I nagle usłyszałam szloch.

- To takie… - zaczęła Susy a łzy spływały jej po policzkach – takie… takie wspaniałe! – po tych słowach rozpłakała się już całkowicie. Gdy wniesiono tort przyjaciółka uspokoiła się trochę.

Byłam dumna z mojej imprezy.

 

Susy

Na torcie była co prawda tylko jedna świeczka, ale tym bardziej wyglądała jak latarnia. Ciasto było większe ode mnie ze 3 razy! Bolo wziął mnie na rękę bym mogła swobodnie i bezproblemowo zdmuchnąć ognik. „Chciałabym… Znać swoją przeszłość” – pomyślałam i dmuchnęłam na płomyczek. Byłam bardzo ciekawa jak zmieniłoby się moje życie, gdybym pamiętała ten fragment mojej egzystencji, która w mojej głowie była tylko pytajnikami i czarną dziurą. Z rozmyślań wyrwały mnie chóralne okrzyki i brawa, które przeszły w dość oryginalne wykonanie „Sto lat!”. Gdy śpiew ucichł, Julian dorwał się do radia i robił za DJ-a. Dziwnym trafem trzymał się ode mnie z daleka.

Marlenka przybiegła do mnie od razu i podarowała zieloną kokardę na włosy, która pasowała mi do oczu.

- Wszystkiego najlepszego! – złożyła mi życzenia i uściskała. – Szkoda, że nie wiesz kiedy tak naprawdę masz urodziny. – dodała jeszcze i pobiegła tańczyć. Z głośników leciały jakieś popowe kawałki, ale ja ich nie słyszałam. Ciągle podchodziły do mnie jakieś zwierzęta i składały mi życzenia, a niektóre dawały też prezenty… Shelly, Roy, Bolo, Lolo, Joey, Leonard (zastanowiło mnie czemu nie śpi…), Darla i jej przyjaciółki, Maurice, nawet Mort! I kiedy w końcu wyrwałam się z tego tłumu i znalazłam kawałek wolnej przestrzeni dotarli do mnie chłopcy z oddziału. Szeregowy przytulił się do mnie i podarował Słodkorożca. Kowalski, trochę zakłopotany, złożył mi życzenia i podarował kalkulator. Rico tylko wypluł bombę dynamitową, jednak z pewnym akcentem – różową kokardą. Szef także życzył mi wszystkiego najlepszego i poprosił naszego oddziałowego psychopatę, by wypluł mój prezent. Dostałam bardzo ulepszony model shotguna.

Wtedy dopiero zauważyłam, że jeszcze jedno zwierzę zmierza w moim kierunku.

- Cześć Spartakus. – powiedziałam. – Dobrze się bawisz? – czy można powiedzieć, że byłam gospodynią przyjęcia?

- Dobrze. – powiedział tylko. – Słuchaj, Be… Susy. Ty… ty naprawdę mnie nie pamiętasz, czy tylko nie chcesz mnie znać? – zdziwiło mnie to pytanie.

- Nie pamiętam cię. Naprawdę. Być może mnie z kimś pomyliłeś (a do tej wersji bardziej się skłaniałam)… - tutaj tygrys chciał coś powiedzieć, ale mu przerwałam - Słuchaj, nie wiem czym się obwiniasz, ale na pewno nie jest tak źle jak mówisz! A na pewno nie był to powód, żebym cię ewentualnie znienawidziła. – tego byłam pewna. Nie byłam pewna, co ktoś by musiał zrobić, bym żywiła do niego taką urazę.

- Wiesz, zrobię co mogę żebyś mnie sobie przypomniała! – powiedział i odszedł.

Reszta imprezy była już spokojna. Marlenka tańczyła z Szefem, widziałam jak Amber i Barry siedzą we dwoje na murze, a ten drugi robi do niej maślane oczy… Lizzie korzystając z okazji próbowała znaleźć Szeregowego… W ogóle zrobiło się jakoś romantyczniej. Nawet zazwyczaj znudzony Maurice wgapiał się w Darlę.

Dopóki Julian nie włączył „When I’m Gone” Eminema. Romantyczny nastrój prysł i było mi to nawet na rękę. W końcu na „parkiecie” tańczyło tylko kilka par. Reszta towarzystwa stała pod ścianami.

Gdy piosenka się skończyła, zaczęła się kolejna – równie mało romantyczna co poprzednia. Około dziesiątej wieczorem impreza się rozkręciła, każdy tańczył, w barze (otwartym przez Maurica) powoli zaczynało brakować napoi…

Szaleliśmy do rana, ale gdy przyszła strażniczka Alice nie było już śladu po naszej imprezie. Wszyscy wrócili na swoje wybiegi. Ale kogoś mi brakowało… No tak! Lizzie!

 

Napiszcie w komentach co sądzicie o tej notce ;)

Do napisania! ;D :*

 


Podziel się
oceń
5
2

komentarze (17) | dodaj komentarz

Rozdział 5 "Prawda", cz. 1

piątek, 06 lipca 2012 12:21

Witajcie! :D

Po dłuższej przerwie zaczynam zupełnie nowy rozdział. Jak pisałam - jest dość ważny. ;)

Poza tym postanowiłam, że w wakacje notki będą trochę dłuższe - mniej więcej 1000 słów, podczas gdy "normalna" notka miała ok. 800. ;)

Cóż... nie zajmuję dłużej. Miłego czytania! :D

 

 

Susy

Po raz któryś tam rozmyślałam, co by było gdybym nigdy nie straciła pamięci. Z jednej strony – pewnie nadal mogłabym być jakąś terrorystką, należeć do jakiegoś gangu, czy szajki przestępczej. Ale każdy kij ma dwa końce – równie dobrze mogłam być jakąś lekarką, wolontariuszką, czy choćby działać charytatywnie. Jednakowoż mogłam też nie być ani tym, ani tym. Zwykła, przeciętna szara pingwinica. No, tylko że z darem.

W smutne dźwięki piosenki „Lithium” Evanescence* zaczęły wdzierać się jakieś niepożądane przeze mnie słowa.

<* - tutaj daję link do piosenki ;) Jak ktoś chciałby... posłuchać. http://www.youtube.com/watch?v=PJGpsL_XYQI >

- Suuuuuuusyyyyyy!!!! – kto mnie wołał?! Czy raz na jakiś czas nie mogłam sobie - ot tak – posiedzieć sama, słuchając smutnych piosenek i rozmyślając o sensie życia?! Nie miałam dużo takich chwil, choć – nie wiedzieć czemu – bardzo je lubiłam. Nie przepadałam za tym, by mieć doła, ale to było co innego. W jakiś sposób „obchodziłam” łukiem mienie chandry i zostawały same myśli. Myśli może i nie zbyt wesołe, ale najczęściej z niewiadomego mi powodu bardzo potrzebne.

- SUUUUUUUUUUUSYYYYYYYYYYY!!!! – westchnęłam, wyłączyłam piosenkę i schowałam mp3 do szuflady. Potem wlazłam z ociąganiem do windy i znalazłam się w bazie.

- Czego?! – zabrzmiało to trochę ostrzej niż zamierzałam.

- Chciałam zapytać, czy pójdziesz z nami powitać nowe zwierzęta w zoo. – powiedziała Lizzie nieco zbita z tropu moim tonem.  – Ale jak nie chcesz, no to nie. – wzruszyła ramionami.

Jakby nie mogła do mnie przyjść, żeby mi to oznajmić…!

- Mogę iść. – burknęłam tylko. Ten nastrój już i tak diabli wzięli.

Reszta czekała na zewnątrz. Od razu rzuciło mi się w oczy, że Marlenka prowadzi rozmowę z Szefem. Niby nic nie zwykłego, ale wyczułam, że między nimi jest coś więcej.

Nie rozmyślając nad tym więcej, ale odnotowując w pamięci tę chwilę, ruszyliśmy w stronę sklepu z pamiątkami. Strażniczka Alice przywykła już, ze najczęściej zwierzęta same trafiają na odpowiednie wybiegi.

Nie tylko my podążaliśmy w tym kierunku. Widziałam Bola i Lola, Roya, nawet Joey’go!

Wewnątrz małego budyneczku znaleźliśmy aż trzy skrzynie. Rico wypluł łom i zabrał się do otwierania kolejnych pudeł. Z pierwszego wyłoniły się dwa mrówkojady. Widać było, że to kobieta i mężczyzna, i że są ze sobą blisko.

- Em… witajcie! – mrówkojadzica powitała się. Jej towarzysz był jeszcze bardziej nieśmiały. Widocznie speszył go tłum zgromadzony wokół niego i jego ukochanej.

- Ja jestem Faythix – wiem, dziwne imię, ale tak to jest, kiedy przez pierwsze trzy lata życia mieszkało się u człowieków, bo jeden z nich wziął cię za dziwnego pieska… A to mój narzeczony – David. Widzę… widzę, że oprócz nas jest jeszcze parę nowych lokatorów, więc… - zostawiając specjalnie takie niedomówienie we dwoje odeszli na bok.

Rico wziął się za kolejną skrzynię. Z tej, z kolei o wiele mniejszej, wyskoczyła mała żabka. Była tak kolorowa jak… BARRY! Ci stojący najbliżej – w tym cały nasz oddział – zrobili spory krok do tyłu. A dziewczyna, najwidoczniej zdając sobie sprawę z tego, że jej gatunek nie jest zbyt… mile widziany, udała, że tego nie zauważyła.

- Witajcie, jestem Amber… Cóż, domyślam się czemu tak zareagowaliście, ale muszę wam powiedzieć, że samice mojego gatunku nie wytwarzają trucizny. Ba! Co więcej – są odporne na jad samców. Nie musicie się bać. – skoczyła odrobinę do przodu. Parę osób nie dało się przekonać i postąpiło kolejny krok do tyłu, ale ja, Szef i Barry – który również uplasował się w tej „czołówce” zostaliśmy na miejscach. Amber doskoczyła do „naszego” płaza i również oczekiwała na otwarcie ostatniej skrzyni. W ostatniej był… tygrys! Rozejrzał się chwilę… groźnym wzrokiem po zgromadzonych, a gdy mnie ujrzał, cóż… (muszę teraz wspomnieć, że wszystko tak, jak na filmach zwolniło… A może to po prostu ja dzięki adrenalinie postrzegałam więcej? Mniejsza.) Tygrys się na mnie rzucił. Kątem oka widziałam, jak wszyscy wokół mnie odskoczyli do tyłu, ale ja… Nie wiem. To chyba strach mnie sparaliżował, w każdym razie – nie mogłam nawet powieką ruszyć. Z rosnącym przerażeniem obserwowałam jak tygrys podbiega do mnie i… przytula mnie? Co ja dzisiaj brałam?! To chyba nie była halucynacja, bo – jak teraz zauważyłam – całe towarzystwo gapiło się na mnie – malutką – w objęciach tak wielkiego zwierzęcia. Musiałam wyglądać jak lalka przytulana przez wyrośnięte dziecko.

- Em… przepraszam. – powiedziałam wreszcie. Tygrys rozluźnił odrobinę uścisk.

- Tak? – przeżywałam deja vu. Skądś znałam ten głos. Głos z wyraźnym, hiszpańskim akcentem.

- Czy mógłbyś mnie puścić?... – zapytałam nieśmiało.

- Em… no dobrze, Becky. – Becky?

- Nie, nie… Ty chyba mnie z kimś mylisz. Nie jestem Becky, tylko Susy. – te dwa imiona łączyło chyba tylko to, ze oba miały dwie sylaby i kończyły się na „y”. -Więc… Em… jak masz na imię?

- Nie… nie… nie poznajesz mnie? – tygrys był w szoku.

- Nie. – o deja vu postanowiłam mu nie mówić. – Nie kojarzę cię.

- Ty… naprawdę? – odstawił mnie na ziemię. – Cóż… pewnie sobie zasłużyłem po tym, co ci zrobiłem… - zasępił się i – jakby dopiero teraz zauważając wszystkie zwierzęta zgromadzone tutaj – zawstydził odrobinę. – Jestem Spartakus. – powiedział wreszcie.

Słowa tygrysa były strasznie zagadkowe. Co on mógł mi zrobić?! No plis!... Chyba że… Te trzy blizny… Ale to od razu powód, żeby się aż tak obwiniać? To przecież na pewno był przypadek. Widziałam to w jego oczach – bezkresne poczucie winy. A może oprócz tego było coś jeszcze? Ale czemu tego nie pamiętałam? A może… może to dobrze, że… że… nie pamiętałam? Może to nie było nic wartego pamiętania? Może specjalnie zepchnęła te wspomnienia w głąb swojej podświadomości?... Nie wiedziałam co o tym myśleć.

Z rozmyślań wyrwało mnie powtórzone – pewnie już nie raz – pytanie Szefa:

- Susy! Wy naprawdę go nie znacie? – chwilę zajęło mi ogarnięcie co się dzieje – że idziemy do bazy razem z tłumem innych mieszkańców naszego zoo, że niektóre – konkretniej dwa – wybiegi przestaną być puste, że… że to, co wydarzyło się w sklepie z pamiątkami to nie był żaden sen, iluzja, fatamorgana czy fantazja. To była – jak powiedziałby Julian – prawdziwa najprawdziwsza prawda, tak prawdziwa jak to ze jestem królem waszym i macie mnie słuchać! Bo to ja… Ten król.

- Nie. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Chyba: zgodnie z prawdą… - Nigdy nie znałam żadnego tygrysa. – nawet nie wiedziałam wtedy jak bardzo się myliłam… 

 

 

Co myślicie? :) Przede wszystkim chciałabym poznać wasze opinie co do Spartakusa ;P

Komentujcie! ;D :*

I do następnej notki! :*


Podziel się
oceń
9
2

komentarze (19) | dodaj komentarz

środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  7 741  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Statystyki

Odwiedziny: 7741
Wpisy
  • liczba: 27
  • komentarze: 127
Bloog istnieje od: 2008 dni

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl